Frombork, marina
Loading...
X

Znad jezior nad morze

Dzień dziewiąty

Poranna toaleta, śniadanie i opuszczamy Węgorzewo. Kemping wydaje się duży i tłoczny, ale jeszcze nie dotarliśmy nad morze. Tam pewnie będzie drugi Pekin! Na bramie czeka nas drobna, acz miła niespodzianka. Starsza pani, szefująca całemu interesowi, aż ruszyła się z dyżurki by obejrzeć naszego trabanta. Z sympatii do motoryzacji z czasów PRL-u dostajemy rabat w postaci zwolnienia z opłaty klimatycznej. Gdyby tylko szanowna pani wiedziała, ile sadzy produkuje nasz stary silnik diesla!

Z Węgorzewa kierujemy się na Bezledy. Trochę nam żal mazurskich jezior, które omijamy jadąc przy granicy, więc na „do widzenia” wybieramy odcinek prowadzący wzdłuż brzegu Jeziora Mamry. Po drodze mijamy bunkry Kwatery Głównej Niemieckich Wojsk Lądowych, nie ma jednak czasu na zwiedzanie. Urlop nie jest z gumy, a plan za to mocno napięty. Kiedyś przyjedziemy tu na dłużej i poświęcimy kilka dni na okolicę. Będzie wtedy czas na jeziora, Giżycko z mostem obrotowym i Wilczy Szaniec pod Kętrzynem. Na chwilę zatrzymujemy się pod XIV-wiecznym kościołem w Sątocznie. Naszą uwagę zwróciły widoczne z drogi, częściowo odkryte, niemieckojęzyczne napisy na elewacji.

W Sępopolu robimy krótką przerwę. Po ośmiu dniach wyprawy żywą pomarańcz naszego trabanta przykryła szara warstwa pyłu. Wizyta na myjnia przywraca blask lakieru Mercedes 560. Teraz można jechać dalej!  :)

Za Łoskajmami zbliżamy się do granicy z Obwodem Kaliningradzkim na bezpieczną odległość jakichś dwóch kilometrów. Pomni wczorajszych ostrzeżeń o częstych kontrolach Straży Granicznej, nie wybieramy gruntowych dróg by podjechać bliżej. Szkoda nam czasu na przymusowe postoje i tłumaczenia, co nasz trabant robi w tak lekko odludnym miejscu. Inna sprawa, że dróg, które prowadziłyby wzdłuż granicy po prostu tutaj nie ma. W Bezledach przecinamy drogę nr 51 prowadzącą do przejścia granicznego i po paru kilometrach wracamy na drogę 512, którą dotrzemy do Górowa Iławeckiego. Miasto omijamy wytyczonym „tranzytem”. Muzeum gazownictwa musi poczekać na inną okazję. Mijamy Kandydy, Lelkowo i niemal idealnie prostą drogą docieramy do Żelaznej Góry. W ciągu jednej doby doświadczamy istotnej zmiany stanu nawierzchni dróg, dzięki czemu na mapie posuwamy się zauważalnie szybciej.

Wjeżdżamy ślimakiem na odcinek S22. Znów przez chwilę jesteśmy blisko granicy. Ogólnie Rosję mamy jednak „w tyle”, bo jedziemy na południowy zachód, w kierunku Elbląga. Choć kusi nas szeroka, gładka i prawie pusta droga, po paru kilometrach skręcamy na Braniewo. Na wylocie tankujemy 25 litrów i bez zbędnej zwłoki ruszamy dalej. Kierunek jest jeden – Zalew Wiślany. Fajnie, że na trasie jest Frombork – będzie można coś zjeść i zobaczyć. To pierwsze w tej chwili wydaje się najważniejsze. Bez trudu odnajdujemy urokliwy port, a w nim smażalnię. Wybieramy filety z okonia, podobno lokalnego. Zgubienie głodu kosztuje nas 70 zł. Z samych rachunków widać, że jesteśmy coraz bliżej morza. Za sprawą Kopernika robimy dłuższy postój. Jak każdy przybysz, robimy zdjęcie pomnikowi Mikołaja. Ależ on brzydki! Na starych banknotach wyglądał zdecydowanie lepiej… Odwiedzamy zespół katedralny, ale na planetarium i muzeum tradycyjnie skąpimy czasu. Daria wstępuje na dwie chwile do bazyliki. Ja rozciągam swoje gnaty na dębowej ławce.

Wracamy na chwilę do portu, by popatrzeć na ogrom zalewu. Na horyzoncie widać cienki zarys Mierzei Wiślanej. Jeszcze dziś tam będziemy!

Przed 17.00 opuszczamy Frombork. W Podgrodziu zjeżdżamy z drogi nr 504 na drogę 503, która czasem bliżej, czasem dalej brzegu, prowadzi do Elbląga, do którego jednak nie wjeżdżamy. Szukamy najkrótszej drogi prowadzącej przez Żuławy do Kątów Rybackich. Daria nawiguje w gąszczu dróg i kanałów, do dyspozycji mając jedynie atlas samochodowy. Docieramy do Kępin Wielkich, w których według atlasu jest przeprawa promowa. Niestety, zamiast promu wita nas szlaban. Trudno, Nogat przeskoczymy stalowym mostem w Kępkach. Po drodze czeka nas nie lada atrakcja w postaci prawdziwego mostu zwodzonego nad Szkarpawą. Prawdopodobnie w swoim mechanicznym życiu nasz trabant widzi coś takiego po raz pierwszy!

Skrótem dostajemy się do Sztutowa. Do muzeum obozu Stutthof postanawiamy zajrzeć w drodze powrotnej. Skręcamy na Kąty Rybackie. Tu zaczyna się Mierzeja Wiślana i horror w postaci gęstej masy turystów i wczasowiczów. Jedziemy w sznurze aut drogą 501, zatrzymując się co chwilę gdy tylko masa postanowi przelać się na drugą stronę. Spośród gęstego tłumu przebijają kramy. Dominują przedmioty dmuchane i plastikowe, jaskrawe kolory i jazgoczące dźwięki. Widać tego ludzie potrzebują na wakacjach…

Za Kątami są Skowronki. Gdzieś obok w lesie powinna być stacja radarowa – punkt zwrotny, nad którym kilkukrotnie przelatywałem podczas testowych lotów Bryzy 1Rm/Bis. To było dawno temu, ale pamiętam, że wygięta w łuk mierzeja z powietrza prezentowała się imponująco. Na ziemi perspektywa jest zupełnie inna. W Krynicy Morskiej czeka nas powtórka z „odpustu” w Kątach. Droga jest coraz słabsza i mam nieodparte wrażenie, że cały czas jedziemy pod górę. Czasem między drzewami mignie kawałek zalewu. Zatoki Gdańskiej nie widać w ogóle. Jesteśmy w Nowej Karczmie, ostatniej ostoi cywilizacji. Ulicą Piaskową (lecz po betonowych płytach) toczymy się dalej, aż do końca drogi przy „Piaski Club”. Znajdujemy się 2 kilometry od granicy. Dalej jest już tylko łąka i ściana lasu, więc to wszystko, co możemy osiągnąć na pokładzie trabanta. Korci mnie żeby podejść i zobaczyć płot graniczny wchodzący w morze. Za wszelką cenę chcemy jednak opuścić Mierzeję Wiślaną i przenocować w jakimś spokojnym miejscu, więc pora zbierać się z powrotem.

Gdy docieramy do Sztutowa, muzeum jest już zamknięte. Stegna, Jantar i Mikoszewo – tu czeka nas przeprawa promowa przez Wisłę. Obsłudze bardzo podoba się nasz pojazd. Dostajemy bilet ulgowy  :). W promieniach zachodzącego słońca docieramy na brzeg zachodniej Polski, choć za sprawą wąskiego kanału, tak naprawdę jesteśmy na wyspie. Jakieś 35 lat temu rodzice zabrali mnie do Sobieszewa na wczasy. Niewiele z tego pamiętam poza tym, że na wycieczki jeździliśmy jelczem 043, czyli popularnym wtedy „ogórkiem”. Możemy zatrzymać się na pobliskim kempingu, ale następnego dnia stracilibyśmy sporo czasu na pokonanie trójmiasta. Postanawiamy jechać dalej.

Opuszczamy wyspę dość dziwną konstrukcją mostową na Martwej Wiśle. Drewno wciąż rządzi! Ściemnia się, w atlasie coraz mniej widać, więc nie kombinujemy i trzymamy się głównej drogi. W Przejazdowie wypadamy na S7. Co chwilę zatrzymuje nas czerwone światło. Za mostem nad Motławą, zjeżdżamy na S6. W oddali widać światła portu i gdańskiego miasta. Korzystamy z szybkiej drogi i lekceważąc zwiększone spalanie rozpędzamy trabanta do 80 km/h. Auta nadal wyprzedzają nas z rajdową prędkością. Z czarną chmurą za plecami (ledwie widoczną w ciemnościach) dojeżdżamy do Chylonii. Mimo późnej pory czeka tu na nas długi sznur pojazdów. Wszyscy zmierzają w tym samym kierunku – nad Bałtyk. Gdy docieramy drogą nr 216 do Władysławowa, jest prawie 23.00. Skręcamy na pierwszy kemping. „Horyzont” wita nas gorąco. W uznaniu za trud i koszty włożone w nasz wehikuł, dostajemy 40% zniżki i zostajemy odprowadzeni na honorowe miejsce spoczynku, nieopodal małego fiata. Nasza dalsza nasza działalność ogranicza się do minimum. Dzisiaj pokonaliśmy ponad 430km. Padł rekord wyprawy i czujemy to w każdym mięśniu i w każdej kości. Nie ma mowy o pisaniu bloga. Po szybkiej kolacji ładujemy się do namiotu. Tuż obok szumi morze.

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>