16lipca 011
Loading...
X

Zacieszamy w Cieszynie

Dzień drugi

Budzą nas promyki słońca wdzierające się każdą szparą namiotu. Wystawiam głowę na zewnątrz – trabant stoi na swoim miejscu, pokryty poranną rosą. Podczas zwijania namiotu, w miejscu gdzie przed chwilą była podłoga, znajdujemy coś brązowego… Nie, to nie jest to co myślicie. To coś ma oczy! Szybko okazuje się, że swoim towarzystwem zaszczyciła nas basenowa maskotka, czyli na wpół oswojona ropucha. Biedactwo pewnie zmarzło w nocy i szukając ciepłego towarzystwa wbiło się pod śpiwór Darii. Teraz leży lekko zgniecione i łypie na nas. Po dłuższej chwili na szczęście dochodzi do siebie i wraca pod rynnę obok szaletu, gdzie podobno zwykła mieszkać.

Żegnamy lekko skacowaną obsługę i ruszamy na podbój Lądka. Jesteśmy na czczo, więc zatrzymujemy się pod pierwszym napotkanym dyskontem. Do koszyka wrzucamy bułki, herbatę Nestea i Rooibosa. Śniadanie montujemy na ławce parku zdrojowego. Dobrze, że kupiliśmy w sklepie wodę mineralną, bo ta ze źródła „Dąbrówka” pachnie zgniłymi jajami. Zwiedzamy Zakład Przyrodoleczniczy, potem wracamy do centrum na krótki spacer po barokowym rynku. Choć w Kotlinie Kłodzkiej bywamy często, jest to nasza pierwsza wizyta w Lądku Zdroju. Turystów i kuracjuszy jest mało, ale ci co są, chętnie fotografują architekturę i… nasz pojazd. Penetrując wąskie uliczki odkrywamy, że nasza „wściekła pomarańcza” nie jest jedynym trabantem w mieście. Oto nieopodal rynku stoi sedan, prawdopodobnie z oryginalnym lakierem. Stara lodówka upchnięta wewnątrz świadczy o tym, że robi za schowek i raczej już nie jeździ. Smutny widok…

Opuszczamy Lądek i drogą nr 390 jedziemy do Złotego Stoku. Jezdnia jest lekko wertepiasta, kręta i uparcie prowadzi pod górę. Po kilku zakrętach mijamy miejsce, w którym wiele lat temu, podczas IX Rajdu Dolnośląskiego, z tragicznym skutkiem rozbił się Marian Bublewicz. Złoty Stok zwiedzamy nie wysiadając z auta. Wjeżdżamy na drogę krajową nr 46, tym samym opuszczając Ziemię Kłodzką. Suniemy na wschód drogą szeroką i piękną jak marzenie. Gdybyśmy mieli taką wzdłuż całej polskiej granicy! Pod Paczkowem robimy krótką przerwę na Orlenie, ale tylko na kawę. Na tankowanie jeszcze trochę za wcześnie. Wczoraj pokonaliśmy raptem jakieś 170 kilometrów, więc zapas paliwa ostrożnie szacuję na 60, może 70%. Zwykle nasz trabant spala do 4.5 litra / 100 km, ale jak to wygląda w warunkach podgórskich, z pełnym balastem, tego jeszcze nie wiem.

W pełnym słońcu ruszamy dalej. Daria pilnuje mapy. Powoli oddalamy się od granicy, więc na wysokości Otmuchowa skręcamy w lokalną drogę w kierunku na Kałków. Po chwili znów widać czeskie pagórki i zabudowania Vidnavy. Mijamy polski Kijów i ignorując niezły skrót skręcamy na południe, do miejscowości Sławniowice. Ocierając się o granicę skręcamy na północ, do Burgrabic i Biskupowa. Tu znów droga prowadzi na południe. Za Gierałcicami jedziemy jakieś trzy kilometry wzdłuż samej granicy i po chwili lądujemy w Głuchołazach. Za sprawą remontów i objazdów kręcimy się po mieście kilka chwil. W końcu wyjeżdżamy na drogę prowadzącą przez park krajobrazowy Gór Opawskich. Z braku alternatywy wjeżdżamy do Prudnika, gdzie po przecięciu drogi krajowej nr 41, przez Skrzypiec i Dytmarów znów jedziemy ku granicy. Przez resztę dnia będziemy tak się do niej zbliżać i oddalać, mijając Racławice Śląskie, Opawicę, Branice, Pilszcz, Ściborzyce Wielkie, Kietrz, Krzanowice i szereg mniejszych miejscowości, których nie sposób wymienić. Przy okazji odkrywamy błąd w atlasie samochodowym, w którym wieś Pietrowice zamieniona została z Krasnym Polem. W pewnym momencie, skuszeni drogowskazem, skręcamy na Branice-Zamek. U celu wita nas jednak jedynie ruina przypominająca dawny kościół. Przydrożne znaki świadczą, że Polska właśnie się skończyła. Trzeba zawrócić.

Na wysokości Raciborza, w Tworkowie wjeżdżamy na DK 45. Przez chwilę jest znowu gładko i możemy się rozpędzić do pełnej prędkości przelotowej – całych 70km/h. Przed samą granicą, w Chałupkach zatrzymujemy się na Orlenie. Trabant dostaje 22 litry świeżego paliwa, a my konsumujemy smaczne panini. Daria wlewa w siebie kawę, ja wlewam szklankę oleju do silnika i ruszamy dalej. Nasza droga wiedzie przez most nad Odrą, potem mijamy Olzę, Gorzyce, Gorzyczki z estakadą nad A1, Łaziska i Gołkowice. Pod Jastrzębiem-Zdrój, trzymając się biegu Olzy, skręcamy na południe. W Pogwizdowie wyraźnie zaczyna się ściemniać. Plan na dziś przewidywał dotarcie do Cieszyna, więc zostało nam raptem kilka kilometrów. Krążąc po ulicach i uliczkach miasta, nie bez problemów odnajdujemy kemping. Nasz namiot rozbijamy wśród drzew, na małym półwyspie stworzonym przez Olzę, jej starorzecze i rzeczkę Puńcówkę. Skromną kolację zjadamy przy latarce, po raz pierwszy uruchamiając świeżo zakupiony palnik gazowy. Po całym dniu jazdy miło jest napić się gorącej herbaty. Tuż za rzeką, po czeskiej stronie znajduje się duża stacja kolejowa. Dźwięki przetaczanych wagonów towarzyszą nam cały wieczór i w nocy, jesteśmy jednak tak zmęczeni, że zasypiamy bez trudu.

Jutro Cieszyn, Wisła i co się da :)

Dobranoc!

 

Z oryginalnego bloga:
Małe podsumowanie technicznej strony wyprawy: auto się trzyma – nic jeszcze nie odpadło. W Górach Stołowych po raz pierwszy włączył się wentylator chłodnicy (dotąd wątpiliśmy, czy termostat jest sprawny). Dziś Ziemowit podregulował linkę sprzęgła, bo chyba lekko zmieniła długość i skrzynia nie chciała współpracować z kierowcą. Średnie spalanie po pierwszych 500km – 4.5l ON / 100km. Oleju w silniku nie ubywa. Fotele z BMW okazały się najlepszą inwestycją.

 

One observation on “Zacieszamy w Cieszynie

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>