Jesteśmy na celowniku (foto: M. Kuklis)
Loading...
X

Wzdłuż Bałtyku

Dzień dziesiąty

Pewnie za sprawą jodu, noc przespaliśmy spokojnie. Z namiotu wygrzebałem się dość wcześnie i korzystając z braku tłumu, wlazłem pod prysznic. Po kilku chwilach rośnie kolejka nawet do umywalki, ale jakoś udaje nam się zrobić małą przepierkę. Rozciągam sznurek między drzewem a trabantem. Jest rosa, wilgoć wisi w powietrzu, ale słońce świeci już mocno. Może coś wyschnie nim ruszymy dalej. Uruchamiam palnik. Po śniadaniu Daria robi kawę i z kubkiem w ręku zmierzamy na ławkę nad klifem. Morze jest spokojne, niebo granatowe. Pogoda aż za dobra, jak na podróż autem. Mamy piątek, a to oznacza, że za parę godzin dotrze tu kolejna fala wczasowiczów. Spodziewając się wielokilometrowych korków na drodze do Helu, jednomyślnie rezygnujemy z jazdy w tamtym kierunku. Na pokonanie mierzei w kierunkach stracilibyśmy pewnie większość dnia, a na to nie możemy sobie pozwolić.

Odmeldowujemy się i za bramą kempingu skręcamy w prawo, za zachód. Po kilku minutach jazdy po gładkim, poniemieckim bruku jesteśmy w Rozewiu. Po prawej mijamy niewielką latarnię. Według mojego podręcznika z podstawówki, to tu miał być najbardziej wysunięty na północ skrawek Polski. Czasy się zmieniły, geografia również i miejsce to przeniosło się do Jastrzębiej Góry. Po chwili przejeżdżamy obok niego. Od polskiego „bieguna” dzieli nas niecałe 200m. W Karwi musimy skorygować kierunek jazdy, żeby ominąć Wyrzeże Słowińskie. Przed Karwieńskim Błotem Drugim skręcamy na południe i po chwili wjeżdżamy do Karwieńskiego Błota Pierwszego. Na szczęście jest sucho i linka holownicza nie będzie potrzebna.

Kawałek za Sławoszynem wracamy na właściwy, zachodni kierunek. Odtąd prowadzi nas droga wojewódzka numer 213. Za Żarnowcem jedziemy fajną dębową aleją. Przez chwilę widać jezioro. Droga od dłuższego czasu jest dobra, więc kilometry lecą szybko. Mijamy Wierzchucino i Choczewo. Za Przebendowem nadarza się pierwsza okazja, żeby skręcić w drogę prowadzącą bliżej wybrzeża. Szosa jest węższa, ale nawierzchnia równie gładka. Trzymając się kierunku północno- zachodniego docieramy do Sasina. Przy skrzyżowaniu stoi drogowskaz do latarni morskiej Stilo. Skręcamy. Na końcu drogi parkujemy pod smażalnią. Niepewni drogi do latarni, idziemy za grupką wczasowiczów. Kilometr dalej, głęboko w lesie, włączam GPSa w telefonie. No tak… Ścieżka może prowadzi na plażę, ale na pewno nie do latarni! Brniemy przez las, na przełaj. Kolejny kilometr, piaszczysta skarpa i jesteśmy pod budynkiem latarni, która powstała 110 lat temu,  a wykonana została w całości z metalu. Choć to zdrowe, nogi nie mają ochoty wspinać się na górę.

Wracamy do trabanta. W smażalni kupujemy coś na ochłodę. Jest paskudnie gorąco. Gdy już mamy odjechać, właściciel lokalu przybiega obejrzeć naszą maszynę. Mówi, że miał takich sześć i z niekrytą dumą dodaje, że wszystkie zajeździł. Z zainteresowaniem ogląda silnik diesla. Odjeżdżamy z warkotem i nadzieją, że jeszcze tu wrócimy, bo mamy obiecany rabat „na trabanta”. W Sasinie skręcamy na Sarbsk i dojeżdżamy do drogi 214. Jeśli skręcimy w prawo, dojedziemy do Łeby. Poza korkami i tłumem turystów niewiele nam to jednak da, bo i tak musimy objechać Słowiński Park Narodowy. Pozostaje zatem jechać na Wicko i wrócić do drogi nr 213.

W połowie drogi do Słupska skręcamy na Smołdzino. Kawałek dalej mijamy z daleka Jeziora Gardno i za Gąbinem, gładkim asfaltem docieramy do wsi Objazda, gdzie skręcamy na Ustkę. Rowy nas nie interesują, poza tym są nie po drodze. W Ustce zatrzymujemy się na krótką chwilę na Orlenie, żeby sprawdzić poziom oleju i coś przekąsić. Wyjeżdżamy drogą 203, bo to jedyny sposób, żeby ominąć Zaleskie Bagna. Za Duninowem zjeżdżamy na drogę, która prowadzi nas pod Jezioro Wicko. Na długich odcinkach asfalt jest szeroki tylko na półtora pasa, na szczęście ruch jest mały. Za Jarosławcem znów musimy skręcić na południe i wrócić do drogi 203, która prowadzi do Darłowa. Gdybyśmy używali nawigacji samochodowej lub mieli bardziej dokładną mapę, to wiedzielibyśmy, że nie ma sensu jechać w kierunku Darłówka. Nawet tak wąskim autem jak trabant, pieszą kładką nie bardzo da się przejechać. Jadąc wzdłuż Wieprzy znajdujemy most dopiero w Darłowie. Trzymamy się drogi na Koszalin. Tym sposobem przez Dąbki, a potem wzdłuż linii brzegowej Jeziora Bukowo jedziemy do wsi Sucha Koszalińska, gdzie skręcamy w drogę na Kleszcze.

Po paru kilometrach jesteśmy w Łazach. Robimy przerwę na obiad. Na parkingu jakiś pan ze Śląska proponuje nam zamianę aut. Nie pytając nawet o stan trabanta, w zamian chce oddać swojego znacznie młodszego passata. „Skoro dojechaliście nim aż tutaj, na pewno jest w dobrym stanie!”. Jakoś nie jesteśmy zainteresowani ofertą… Idziemy do najbliższej smażalni. Siadamy w Cafe-Bar ”Muszelka”, gdzie pytam o lokalną rybę. Dziewczyna przyjmująca zamówienia patrzy na mnie jak na kosmitę. Precyzuję, że chodzi mi o to, co złowili tutejsi rybacy. Ta dalej wygląda na bezradną, jakbym spytał o książeczkę Sanepidu. Ostatecznie wymienia chyba wszystkie ryby z menu, z pangą na czele. Bierzemy okonia, uznając go za najbardziej bezpiecznego.

W trakcie trawienia robimy sobie krótki spacer na plażę. Wsadzam nogę do Bałtyku. Zimna, cholera! Najlepsze jest to, że nie wzięliśmy ręczników, które specjalnie wieźliśmy na okoliczność plażowania. Tym sposobem na obcowanie z morzem z całej wyprawy poświęciliśmy jakiś kwadrans.

Zakładamy buty, wsiadamy w trabanta i jedziemy dalej, teraz wąskim przesmykiem między morzem i Jeziorem Jamno. Na małym mostku nad Jamieńskim Nurtem przez sekundę widzimy obie wody naraz. Po chwili wjeżdżamy do Mielna. Tu jazda się kończy, a zaczyna piłowanie „jedynki”. Szybko okazuje się, że przyczyną jest nie tyle nadmiar innych samochodów, co wszędobylskie czterokołowce napędzane siłą mięśni (żeby nie powiedzieć: przez pedały). OK, ludzie mają rozrywkę, ale co za sterami takich bolidów robią niewyrośnięte dzieciaki? Przed zderzakiem jednego z aut w ostatniej chwili prześlizguje się cała rodzinka. Młodsza część wyraźnie nie ogarnia sytuacji i konsekwentnie jedzie zygzakiem. Taki klimat…

Powoli się rozpędzamy wytwarzając nieco hałasu i dymu. Część wczasowiczów chwyta za komórki i aparaty. Jeden z nich robi nam zdjęcie i z życzeniami przesyła na nasz „fan page” na Facebooku. Dziękujemy Panie Mieczysławie! Nie jesteśmy jeszcze sławni, ale już rozpoznawalni! ;-)))

W centrum całego letniego zamieszania skręcamy na Gąski. Z końcem Mielna kończy się sznur aut. Na lekkim luzie i czwartym biegu jedziemy wąską drogą, która szerokim łukiem omija Chłopy i Sarbinowo. To nam nawet pasuje. W Gąskach skręcam w drogę prowadzącą nad morze. Pod latarnię nawet nie podjeżdżamy, jedynie zwalniam, żeby Daria mogła zrobić zdjęcie. Dalej asfalt prowadzi nas na południe. Po kilku chwilach wypadamy na „11” i wzdłuż torów jedziemy do odległego o 20 km Kołobrzegu. Miasto pokonujemy bez większych przygód, zapamiętując oryginalne kwietniki w postaci wielkich łabędzi. Na rondach kierujemy się na Dźwirzyno. Krótko przed nim asfalt przechodzi w betonowe płyty. Na szczęście nie są to te strome schody, jakie wielu z nas pamięta z dawnych podróży po A4. Pewnie po takich drogach śmigał nasz trabant, nim NRD całkiem zmieniło się w RFN.

Za Dźwirzynem wskakujemy na gładki asfalt. Przejeżdżamy mostem wantowym przy porcie morskim i „mkniemy” wzdłuż Jeziora Resko Przymorskie. W tej okolicy często drogom samochodowym towarzyszą szerokie drogi rowerowe. Przynajmniej w tym Polska powoli zaczyna być podobna do Danii. W Mrzeżynie znowu pojawiają się płyty, ale mieścinę opuszczamy gładkim asfaltem drogi nr 109. Prowadzi ona na południe, do Trzebiatowa, w którym odnajdujemy drogowskazy na Międzyzdroje. To najlepsza opcja, jaką możemy wybrać. Trzymamy się więc „102” przez następne 60 kilometrów, robiąc wyjątek jedynie dla Niechorza, w którym zdjęcie latarni tradycyjnie robimy w „locie” (z trabanta).

Ulicą Klifową trafiamy do Rewala. Zanim wrócimy na drogę nr 102, zjeżdżamy na Orlen. Wskaźnik paliwa zamarł już dawno temu, więc czas najwyższy odkręcić korek. W bagażniku mam mały kanister z pięcioma litrami oleju napędowego, ale to jest zapas na „czarną godzinę”. Do zbiornika wlewam prawie 26 litrów. Od ostatniego tankowania w Braniewie trabant pokonał 612 kilometrów, zatem spalanie mamy na poziomie 4.2l / 100km. To pierwsza dobra wiadomość. Druga jest taka, że olej z miski również znika bardzo wolno. Z innych wieści: zaczyna kropić. Dzwonię do Wrocławia – tam od tygodnia upał, nie da się żyć. Na kolację będzie pasztet, bo leżał na półce przy kasie.

Ruszamy w dalszą drogę. Mijamy Trzęsacz. Słynną ruinę odpuszczamy. Jeśli jeszcze trochę postoi, to odwiedzimy ją następnym razem. Jest już po 19.00, ale może jeszcze urwiemy kawałek trasy. Trzymając się kilkaset metrów od morza docieramy do Dziwnówka i Dziwnowa. Przejeżdżamy zwodzonym mostem, który łączy stały ląd z Wyspą Wolin. Teraz droga wiedzie przez las. Bez zastanowienia mijamy duży, przydrożny kemping – pewnie jeszcze będzie jakaś okazja…

Na rondzie w Kołczewie skręcamy na Międzyzdroje. Nazwa następnej wsi – Wisełki jakoś nie bardzo tu nie pasuje… A może jednak? Gęsty las i zakręty przypominają trochę etap górski naszej wyprawy. Za chwilę miniemy drogowskaz do punktu widokowego na wzgórzu Gosań (całe 9243m n.p.m.). Jeszcze kilka zakrętów i jesteśmy w Międzyzdrojach. Wskakujemy na kilka minut na krajową trójkę, by na pierwszym rondzie zjechać na „centrum”. Po kilku następnych kilometrach dojeżdżamy do nabrzeża przystani promowej. Prom przed chwilą odbił, stajemy więc na „pole position” i cierpliwie czekamy. Po chwili kolejka ma już długość dwóch aut. Widzimy prom zbliżający się do… innej przystani! What the hell??? Odpalam trabanta (silnik na szczęście jest jeszcze ciepły) i gnam z powrotem, a potem skręcam w prawo w kierunku promu. Sznur aut, jaki wyłania się po chwili, utwierdza nas w przekonaniu, że teraz stoimy we właściwej kolejce.

Wjazd na prom zabiera dużo czasu. W końcu pokonujemy Świnę i lądujemy na Wyspie Uznam. Rozpędzam trabanta na szerokim highwayu. Wszystkie auta, które z nami zjechały z promu, już dawno nas wyprzedziły. Drogą prostą jak drut wjeżdżamy do Świnoujścia. Trzymamy się znaków na Ahlbeck. Po pokonaniu kilku krzyżówek i dłuższego odcinka gładkiej kostki docieramy do miejsca, które przez wiele lat oddzielało naszą szarą rzeczywistość od lepszego świata. Teraz granicy już praktycznie nie ma, a przynajmniej jej specjalnie nie widać. Jakże to miejsce różni się od tych, które widzieliśmy na wschodnim odcinku naszej trasy!

Zawracamy i trochę na ślepo kierujemy się do przeprawy promowej na Warszów. Stajemy na końcu długiej kolejki. Drobny deszcz przestaje być drobny. Jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy nocować, ale jest pewne, że będzie mokro. Na prom trabant wciska się jako ostatni. Dobrze, że nie mamy cadillaca albo przyczepy! Na drugim brzegu jest DK3, którą zamykamy Świnską pętlę. Tu zaczyna się ostatni etap naszej wyprawy. Jeszcze to do nas nie dociera, ale powoli wracamy do domu.

Trzymając się „trójki” mijamy Międzyzdroje i suniemy w kierunku Wolina. Według tego co mówi atlas i telefon Darii, powinniśmy tam znaleźć kemping. Dobrze, że jakoś działają wycieraczki, bo deszcz nie odpuszcza. Błądząc w ciemnościach znajdujemy bramę, prawdopodobnie kempingu. Za płotem życia specjalnie nie widać… Na dyżurce nikogo nie ma, ale krótki telefon wyjaśnia sprawę – mamy się obsłużyć sami. Parkujemy trabanta między drzewami, obok kilku aut i namiotów, w nadziei, że deszcz nie zamieni się w burzę. Tym razem stawianie namiotu zdecydowanie nie ma nic wspólnego z przyjemnością, ale najlepsze dopiero przed nami. Sanitariaty (właściwie jeden, bo drugi ma „awarię”), delikatnie rzecz biorąc, straszą. Najgorsze jest jednak to, że nieopodal rozkręca się impreza z podpitymi Norwegami w roli głównej. Niech ich cholera weźmie! Mieliśmy nadzieję, że po całym dniu jazdy trochę odpoczniemy, a tu po prostu się nie da! Po drugiej w nocy składam towarzystwu mało przyjemną wizytę, lecz poprawa jest znikoma. Na poprzednim kempingu była masa ludzi, ale był spokój. Tu właściciela ani śladu, a z nawalonym bractwem nie idzie się dogadać. Ta noc będzie krótka.

2 observations on “Wzdłuż Bałtyku
  1. Virtual server

    Wiekszosc tras wzdluz wybrzeza zaczyna sie w Swinoujsciu i przebiega od zachodu na wschod. Jest tego jakis szczegolny powod? Ktos ma doswiadczenia z przejazdem w druga strone, czyli od Gdanska do Swinoujscia?

     
    Reply
    1. trabi

      Nie wiemy skąd bierze się taka praktyka. My jeździmy „pod prąd” – dwukrotnie objechaliśmy Polskę w przeciwnym kierunku, od gór po morze, od Gdańska po Świnoujście :)

       
      Reply

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>