Przez Puszczę Białowieską
Loading...
X

W krainie Żubra

Dzień siódmy

Tradycyjnie budzą nas promienie słońca. Wbrew obawom, mimo bliskiego sąsiedztwa drogi E30 wytyczonej z Rotterdamu do Moskwy, noc przespaliśmy spokojnie. Wczorajsze wściekłe komary na szczęście gdzieś sobie poleciały (albo właśnie ułożyły się do snu), wiec mogliśmy spokojnie zabrać się za śniadanie. W międzyczasie, w jednej z hotelowych altan podładowaliśmy netbooka i telefony. Z ciekawostek, hotel ma też swoją prywatną przydrożną kapliczkę.

Posileni udajemy się do budynku hotelu by skorzystać z natrysku. Pani w recepcji bardzo przeprasza nas za to, że może udostępnić nam jedynie pokój opuszczony przez gości. Nie bardzo rozumiemy w czym problem – zapłaciliśmy za cały nocleg 15zł, a mamy do dyspozycji luksusową łazienkę z porządną kabiną i gorącą wodą. Czegoś takiego na naszej trasie nie spotkaliśmy i już nie doświadczymy!

Ruszamy w kierunku granicy. Mijamy UFO, które właśnie podchodzi do lądowania i po kilku kilometrach jesteśmy w Terespolu. Zaliczamy terminal na przejściu granicznym i robiąc małe kółko wprowadzamy naszego trabanta na trajektorię prowadzącą wzdłuż granicy na północ. Drogą oddaloną kilka kilometrów, a czasem zaledwie kilkaset metrów od Bugu, docieramy przez Janów Podlaski i Stary Bubel do wsi Gnojno – wbrew pozorom bardzo ważnej dla naszej wyprawy. Tu bowiem czeka nas pierwsza przeprawa promowa. Nie spodziewamy się wielkiej jednostki pływającej, ale to co widzimy wprawia nas w lekkie osłupienie. „Prom” zabiera na raz tylko dwa auta, jednak najbardziej oryginalny jest jego napęd – ręczny, z użyciem drewnianej dźwigni! Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak samo musiało to wyglądać zarówno tuż po II Wojnie Światowej jak i za Piasta Kołodzieja.

Musimy trochę poczekać, bo „prom” ma przerwę obiadową. Dobrze, że jesteśmy drugim pojazdem w kolejce. Może zdążymy do zachodu słońca pokonać te kilkadziesiąt metrów rzeki? Na szczęście dla nas i „armatora” (którym tymczasowo został krzepki kierowca płynącego z nami dostawczaka), nasze auto waży jedynie 700 kilo i sprawnie zostajemy przeciągnięci na drugi brzeg.

Z braku krótszej drogi, przez Mielnik jedziemy do miejscowości Czeremcha, gdzie na parkingu pod wielkim dyskontem spożywczym rozkładamy nasz mały drewniany stolik, turystyczne krzesełka i zabieramy się za przygotowanie obiadu w postaci jogurta i bułki z pasztetem. Trabant w międzyczasie przyciąga autochtonów. Od jednego z nich dowiadujemy się o drodze, która biegnie tak blisko granicy, że „bliżej się nie da”. Trzeba to sprawdzić! Zanim jednak ruszymy w dalszą drogę, koniecznie muszę przytulić się do parowozu, który stoi na bocznicy pobliskiej stacji PKP.

Piaszczystą drogą przez las wjeżdżamy na kilkukilometrowy prosty odcinek, który sam w sobie stanowi granicę z Białorusią. Słupy graniczne wydają się stać na wyciągnięcie ręki, rozdziela je tylko wąski pas orny. Faktycznie, bliżej się już nie da… Nie da się też oprzeć wrażeniu, że jest się obserwowanym. Nie pogarszając napiętych już stosunków między Polską i Białorusią, jedziemy dalej w kierunku Hajnówki i Mikłaszewa, mijając po drodze kilka starych mogił i jeszcze jeden ciekawy skład – tym razem kolei wąskotorowej. Przecinamy Puszczę Białowieską. Trzeba przyznać, że piachu w okolicy nie brakuje. Znaczną jego część przywieziemy do Wrocławia.

Przed Hajnówką do naszych uszu nagle dociera niepokojący dźwięk, który zwykle towarzyszy poważnym problemom technicznym. Czyżby łożysko rozleciało się w drobny mak? Trzeba zjechać i sprawdzić. Po zdjęciu koła okazuje się, że źródłem hałasu jest niewielki kamień, który z gruntowej drogi dostał się między tarczę hamulcową i jej osłonę. Po kilku chwilach znowu jesteśmy w drodze. W Hajnówce zatrzymujemy się na orlenowego hot-doga i tankowanie. Ku naszej uciesze dzielny trabant spala niewiele i od ostatniego tankowania przejechał prawie 600km. Mimo zbiornika o pojemności zaledwie 28 litrów (zatankowaliśmy 24,7 litra), śmiało możemy nazwać go pojazdem średniego zasięgu :)

Z Hajnówki kierujemy się na Jałówkę. Tam znajdujemy ciekawą ruinę kościoła. Szukając drogi na północ dojeżdżamy do granicy państwa. Widzimy znak zakazu, kawałek dalej szlaban, więc zawracamy. Nie ujeżdżamy dwustu metrów, gdy przed nami „wyrasta” spod ziemi radiowóz Straży Granicznej (radiowozem jest fiat panda). Najwyraźniej w naszym wściekle pomarańczowym trabancie wyglądamy na groźnych zbirów, bo funkcjonariusz wypadając z „radiowozu” nerwowo chwyta za kaburę. Choć mijaliśmy wiele patroli – wzdłuż granicy z Ukrainą były to gęsto śmigające motocykle – to jest to nasza pierwsza kontrola. Po sprawdzeniu wszelkich możliwych dokumentów i zweryfikowaniu zawartości tajemniczej bazy danych, ostatecznie zostajemy zwolnieni. Od tej chwili jesteśmy już pewni, że Straż Graniczna założyła nam „teczkę”. Może kiedyś będziemy mogli ja przejrzeć, niczym właściciele wielu trabantów akta STASI?

Słońce chyli się ku zachodowi, więc toczymy się przez pola w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg. Uda nam się przeskoczyć Bobrowniki, nim rzucimy „kotwicę” w Kruszynianach, przy Dworku pod Lipami. Szybko rozbijamy namiot i zasiadamy na drewnianej ławce. Jeszcze nigdy Żubr tak mi nie smakował… Dobranoc!

One observation on “W krainie Żubra

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>