Rekord wysokości pobity!
Loading...
X

Trabant pod Tatrami

Dzień trzeci

Budzę się wcześnie. Chyba cały kemping jeszcze śpi. Słońce jasno świeci, więc wykorzystuję wolny czas na wprowadzenie kilku modyfikacji w trabancie. Mocowanie plandeki uszytej tuż przed wyjazdem wymaga paru poprawek. Przydał się Poxipol, śruby i koszulki termokurczliwe. Walczę kilka długich chwil nad zamontowaniem naciągu, ale w końcu się poddaję. Z czeluści dziury czasowej wyrywa mnie gotowe śniadanie. Rzadko się zdarza, że to żona czeka na mnie. Szybko zwijam narzędzia, bo jesteśmy umówieni z kolegą Łukaszem, który chce nam pokazać, co w jego rodzinnym Cieszynie najlepsze i najciekawsze.

Lekko spóźnieni docieramy pod Kościół Jezusowy, który jest najwyższym i bodaj największym (mieści 7 tysięcy parafian) kościołem ewangelickim w Polsce. Dla ewangelików Cieszyn jest jak Mekka. Ponieważ Daria jest luteranką, nie możemy ot tak odjechać z kempingu w dalszą drogę. Łukasz pokazuje nam stare miasto, zamek i Książnicę Cieszyńską, gdzie przypadkowo napotkany pracownik znajduje czas by wyczerpująco opowiedzieć o zbiorach. Wędrujemy też na Most Przyjaźni, który niegdyś był granicą, a teraz łączy obie części miasta. W kościele przy rynku natrafiamy na ciekawostkę. Wrzucając monetę można zapalić żarówkę, która jest „światełkiem wdzięczności”. Ciekawe, co na to powiedziałby Edison…

Czas płynie nieubłaganie, a nasz trabant nie lubi stać w miejscu. Żegnamy Łukasza i ruszamy dalej. Jest już grubo po dwunastej. Dokąd dziś dojedziemy nim zapadnie zmrok? Póki co, obieramy kierunek na Ustroń i Wisłę. Ta ostatnia wita nas koszmarnym gmaszyskiem Hotelu Gołębiewski. Jak można tak zepsuć krajobraz? Za tydzień w Karpaczu doświadczymy podobnego widoku… Niestety nie jedziemy przez Malinkę, więc skoczni nie zobaczymy. Nie ma chyba jednak czego żałować. Pamiętam skocznię w Engelbergu – w sierpniu, pokryta trawą i w otoczeniu pastwisk wyglądała dość słabo.

Za Wisłą trzymamy się dalej drogi nr 941. Zaczynają się zakręty i podjazdy. Za Istebną, tak jak granica, zmieniamy kierunek na wschodni. Mijamy osadę Małysze (czy mieszka tam Adam?) i przez Koniaków dojeżdżamy do drogi S69 Zwardoń – Żywiec. Podziwiamy estakadę pod Milówką i mkniemy dalej przez Węgierską Górkę, niestety trochę w niewłaściwym kierunku. Odskoczyliśmy od granicy na jakieś 15km, ale na Beskid Żywiecki nie ma rady. Dopiero przed Żywcem, w Wieprzu, znajdujemy most, dzięki któremu możemy obrać bardziej przygraniczną drogę. Mijamy Jeleśnię i po chwili jesteśmy w Małopolsce. Przed Suchą Beskidzką znajdujemy mocno lokalną drogę-skrót do Zawoi. Serpentynami wspinamy się przez Babiogórski Park Narodowy na Przełęcz Krowiarki, gdzie robimy przerwę.

986m n.p.m. to jak na razie rekord trasy. Z tablicy pamiątkowej dowiadujemy się, że drogę tę budował w 1938 roku… Karol Wojtyła. Na tej przełęczy, już jako kardynał, zakończył ostatnią górską wycieczkę przed wyborem na papieża. Po rozprostowaniu kończyn i uzupełnieniu płynów wsiadamy w trabanta i ruszamy w dół. Zjazd jest tak długi, że stygnie nam silnik. Przez Zubrzycę docieramy do Jabłonki, gdzie przeskakujemy przez krajową siódemkę i jedziemy do Czarnego Dunajca. Na horyzoncie pojawia się ostry kontur Tatr – widok trudny do opisania. Kilometry jakby lecą teraz szybciej. Jedziemy dokładnie na południe, na Chochołów. Góry rosną w oczach! W Kościelisku musimy zmienić kierunek – nie ma innej drogi jak przez Zakopane. Mijamy masę turystów kłębiących się wokół Krupówek i Jaszczurówki. Szczyt sezonu, jakby nie patrzeć. Drogą Oswalda Balzera uciekamy z Zakopanego. Znaki drogowe straszą nas zamkniętą drogą na Łysą Polanę. My na Słowację się nie wybieramy, więc może da się jeszcze kawałek podjechać? Jedziemy ładnych kilka kilometrów pod górę, ale trabant czuje się świetnie i nie daje po sobie znać, że mu ciężko. Świeże, górskie powietrze wyraźnie mu służy. Docieramy do skrzyżowania przy Hurkotnej Polanie. Zatrzymujemy się by uwiecznić oświetlone popołudniowym słońcem szczyty. Według mapy przekroczyliśmy 1100m n.p.m. Wyżej już raczej nie wjedziemy.

Zjeżdżamy w dół do Bukowiny Tatrzańskiej, co rusz zerkając w stronę Tatr. Nieznanym sposobem, zamiast jechać na północ, skręcamy w drogę nr 49 prowadzącą na południe. W sytuacji orientujemy się dopiero na granicy ze Słowacją. Nie pierwszy, ani pewnie ostatni raz musimy zawrócić. Po kilku kilometrach znajdujemy właściwą drogę na Trybsz i Niedzicę, gdzie postanawiamy rzucić „kotwicę”. Kemping przy zaporze wygląda na zadbany. Trawa mokra, bo padało kilka dni (ciekawe, bo nas deszcz omija od początku wyprawy). Stan licznika świadczy, że pokonaliśmy pierwsze 800km. W nagrodę fundujemy sobie pyszną kolację w prwadziwej restauracji. Nie ma to jak dobre piwo po dniu pełnym wrażeń! Dzisiaj do snu ukołysze nas szum zapory i dzwonki zawieszone na szyjach krów pasących się w okolicy.

2 observations on “Trabant pod Tatrami

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>