Zmieniamy kurs na wschód
Loading...
X

Ostatni etap

Dzień dwunasty

Kolejny słoneczny poranek. Noc minęła bez ekscesów. Przynajmniej ja się wyspałem. Małżonce twarda gleba służy trochę mniej… Dzień zaczynamy od wizyty pod prysznicem, co by się przyjemniej jechało, a potem bez pośpiechu (jak na niedzielę przystało) przygotowujemy śniadanie. W trakcie konsumpcji pod wiatą mamy okazję by przyjrzeć się, czym jeżdżą pozostali mieszkańcy kempingu. „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma!” Same Mercedesy i BMW, wszystkie raczej z wyższej półki. Nasz trabant zdecydowanie nie pasuje do takiego towarzystwa. Zbieramy klamoty i opuszczamy kemping.

Na kolejnych rondach kuszą drogowskazy na Wrocław, ale my twardo realizujemy zadanie rozpoczęte 11 dni temu. Wyjeżdżamy na obwodnicę Zgorzelca i po chwili jesteśmy na drodze nr 352, prowadzącej w kierunku Bogatyni. Z atlasu wynika, że istnieje możliwość objechania tamtejszej kopalni węgla brunatnego. I to chyba wszystko, co można tam zrobić, bo innych dróg w „worku” turoszowskim właściwie nie ma. W tempie defiladowym suniemy na południe, szeroką i gładką drogą, z nielicznymi zakrętami. Potem zakrętów przybywa, pojawiają się pagóry, a na horyzoncie – chłodnie kominowe elektrowni. Na jednym z nich wymalowane jest słońce. Trochę to dziwnie wygląda, zważywszy, że komin wytwarza gęstą chmurę.

Za taśmociągiem skręcamy na Sieniawkę. Mijamy potężne zabudowania elektrowni o mocy półtora gigawata, czyli… jakichś 50 tysięcy trabantów 1.1 pracujących na pełnym gazie! Niestety, IFA wyprodukowała ich za mało, by zbudować taką siłownię. Szkoda… To dopiero byłby widok!  ;). Przejeżdżamy stalowym mostem nad Miedzianką i torami kolejowymi. Za krzakami pojawiają się pierwsze słupy graniczne nad rzeką. Standard drogi spada z każdym kilometrem, ale cieszymy się, że w ogóle jest. Po lewej, za drzewami, od czasu do czasu widać koronę potężnej odkrywki. Z poziomu trabanta nie sposób dojrzeć gdzie jest dno.

Przecinamy Sieniawkę i wjeżdżamy w tunel pod torem, który bezpośrednio łączy Czechy z Niemcami. Ot, taka mała eksterytorialna linia kolejowa. W Porajowie skręcamy w prawo i po chwili znów jedziemy wzdłuż Nysy Łużyckiej. W ten sposób znienacka wjeżdżamy na granicę polsko-czeską. Zawracamy i zatrzymujemy się pod centrum handlowym, by skorzystać z dobrodziejstw restauracji. Kawa i ciacho skutecznie umilają późny poranek. Po krótkiej sjeście odpalamy trabanta i przeskakujemy na drugą stronę drogi, na brukowany szlak, który bardziej przypomina chodnik, niż jezdnię. Może nas za to nie zamkną… Po kilkuset metrach droga się urywa. Na polanie stoją cztery oflagowane maszty. Dotarliśmy do południowo-zachodniego trójstyku granic. Czujemy się tu zupełnie inaczej, niż trzy dni temu na granicy z Rosją. Nysa jest tak wąska, że można przez nią swobodnie przejść. Do Czech bez trudu można przeskoczyć przez potok, tylko po co, skoro jest ładny drewniany mostek? Żadnych płotów, zasieków, kamer. Po polskiej stronie tylko trawa jakby gorzej skoszona. Fajnie, że jest ta Unia!

Kilka zdjęć Zorką-5 i ruszamy w dalszą drogę. Na jedynej w okolicy krzyżówce skręcamy na Kopaczów. Za wsią wyrasta kopalnia, ale tym razem atlas nie kłamał i faktycznie jest droga, którą możemy ją objechać. Od czeskiej ziemi oddziela nas jedynie wąski pas nieużytków po prawej. W Opolnie-Zdrój napotykamy na drogowskaz na Jasną Górę. Skręcamy, żeby sprawdzić, gdzie wyrzuci nas ten teleport. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę by z góry popatrzeć na ogrom kopalni. W Jasnej Górze staje się jasne, że dalej na południe jechać się już nie da. Zjeżdżamy na dół, do Bogatyni. Po drodze prawie nie widać śladów po potężnej powodzi, która cztery lata temu spustoszyła miasto. Wyjeżdżamy ulicą Zgorzelecką i mijając po drodze elektrownię, wracamy drogą 352 pod Radomierzyce, gdzie skręcamy na wschód, w drogę 355.

Worek turoszowski mamy zaliczony, czas na Izery. Prostą drogą jedziemy do granicznego Zawidowa, potem Platerówki i Leśnej. W drodze do Pobiednej mijamy ładną ruinę zamku Świecie. Z Czerniawie-Zdrój próbujemy przebić się wąskim skrótem do Świeradowa, ale nam nie wychodzi. Brniemy w górę, ale po paru kilometrach wąski asfalt kończy się i musimy wrócić w dół, do głównej drogi. Przez Świeradów prowadzi nas gładka droga 358. Za ostrymi zakrętami zaczyna się Szklarska Poręba z ładnym widokiem na Śnieżne Kotły. Cierpliwie przebijamy się przez zatłoczony kurort i jadąc krajową „trójką”, wzdłuż potoku Kamiennej, mijamy oblężony Wodospad Szklarki. Od dłuższego czasu tracimy wysokość, więc trabant ma okazję odpocząć i trochę się schłodzić. My też czujemy, że zrobiło się jakby zimniej.

Pierwszą okazją, by podjechać bliżej gór jest droga nr 366. Żeby jednak sobie zbytnio nie ułatwiać, po chwili skręcamy w wąską drogę do Michałowic. Przyrodę Karkonoszy chroni przed nami park narodowy, ale dzięki takim lokalnym drogom możemy poczuć klimat gór. Pokonując liczne zakręty i tunel wykuty w skale, z każdym metrem nabieramy wysokości. Dobrze, że nikt teraz za nami nie jedzie, bo miałby prawdziwą aromaterapię! Wspinaczka kończy się przed Jagniątkowem. Znów toczymy się w dół, do samego Sobieszowa.

Objeżdżamy masyw Chojnika. Dalszy plan przewiduje zmianę kursu na południe, na Zachełmie, ale my jedziemy prosto, do Podgórzyna. Mamy świeże zaproszenie od naszych przyjaciół z Chaty Mikołaja. Z racji wciąż napiętego planu wizyta ma być krótka, ale wychodzi jak zwykle ;).  Nie możemy przecież poprzestać na herbacie, nie dzieląc się gorącymi wrażeniami z kończącej się wyprawy. Pyszna, gorąca zupa ogórkowa dodaje nam energii na ostatni etap naszej podróży. Czujemy się jak w domu, ale nasz zegar wciąż tyka.

W pobliskim skansenie piekarnictwa robimy zapas chleba na najbliższe dni i ruszamy w dalszą, pełną zakrętów drogę. Przez Zachełmie dostajemy się do górnej Przesieki, potem zjeżdżamy w dół i niemal zamykając pętlę, pod podgórzyńską Skałką skręcamy na Borowice. Zatrzymujemy się tam żeby sprawdzić, czy jest jakaś inna droga, którą moglibyśmy podjechać wyżej. Innej opcji jednak nie ma. Ruszamy i dwie chwile później mijamy tętniący życiem Karpacz, z monumentalną Śnieżką w tle. Odbijamy na Ściegny i wracamy na drogę 366, która prowadzi nas do Kowar i biegnącej obok drogi 367. Po paru kilometrach skręcamy w drogę prowadzącą pod górę. Tak dojeżdżamy na przełęcz Okraj, gdzie po raz ostatni przekraczamy poziom 1000 m n.p.m.

Wracamy na dół i wjeżdżamy na drogę 369 – ostatni odcinek naszej trasy. Niemal w milczeniu mijamy Lubawkę, Chełmsko Śląskie i Mieroszów. Kolejny znak informuje nas, że jesteśmy w Unisławiu Śląskim. Wieś wydaje się ciągnąć w nieskończoność. W końcu jest! Przed nami pojawia się znajome skrzyżowanie, na którym dwanaście dni temu rozpoczęliśmy naszą podróż. Daria stawia w atlasie długą kreskę…

W drodze do domu zatrzymujemy się w Ślężańskim Młynie, by w towarzystwie kota-gospodarza uzupełnić kalorie. Do Wrocławia wjeżdżamy o zmierzchu. Szybko rozładowujemy nasze małe kombi i odstawiamy go na miejsce zasłużonego odpoczynku w chłodnym, podziemnym garażu. Po prawie dwóch tygodniach spędzonych na zmianę w trabancie i pod namiotem, mimo potężnej sterty maneli zalegającej pośrodku, nasze małe M-2 wydaje się dziwnie przestronne. Bez potrzeby rozpalania ognia robimy herbatę. Mamy nieograniczony dostęp do wody, jest prąd i możemy zapalić światło. Przez pierwsze chwile jakoś nie potrafimy się w tym odnaleźć…

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>