Stańczyki
Loading...
X

na Mazury!

Dzień ósmy

Koło naszego namiotu wylądował bocian. Łazi teraz po łące szukając śniadania. My też zmierzamy do dworku napełnić brzuchy. Nie żałujemy sobie, bo nie wiemy kiedy będzie następna okazja, żeby zjeść porządne śniadanie przy prawdziwym stole. Z ciekawostek, w Kruszynianach nie ma tradycyjnego sklepu spożywczego. W zamian funkcjonuje sklep objazdowy, a właściciel oznajmia otwarcie za pomocą klaksonu. Ile jest jeszcze takich miejsc w Polsce?

Niedaleko od dworku znajduje się drewniany tatarski meczet – tam kierujemy nasze kroki, gdy już zaspokoimy pierwszy, drugi i trzeci głód. Musimy chwilę poczekać, bo odkurzacz jeszcze jest w ruchu, a w środku jest co odkurzać… Sympatyczny przewodnik – bez wątpienia Tatar – wyczerpująco przestawia naszej dwuosobowej wycieczce historię obiektu oraz lokalne obyczaje. W Kruszynianach mieszkają obecnie tylko dwie rodziny tatarskie. Reszta jakiś czas temu wyjechała za chlebem. Innym śladem bytności Tatarów jest położony obok cmentarz. Prócz współczesnych grobów można tam znaleźć mogiły z końca XVII wieku. Co ciekawe, mają one kształt łodzi, podobnie jak groby na cmentarzach wikingów.

Wracamy pod dworek i zwijamy nasze manele. Część rzeczy wieziemy w kartonowych pudłach, wszak powszechnie wiadomo, że karton do trabanta pasuje ;). Układam wszystko starannie wierząc, że każda rzecz ma swoje miejsce. Daria z kolei wrzuca wszystko jak leci. Gdy na siłę pakuje bluzę do pudła, w której wiozę uszczelkę pod pokrywę zaworów, dostaje ode mnie żółtą kartkę. Najwyraźniej nie rozumie powagi sytuacji, bo jawnie nabija się z mojej „Świętej Uszczelki”.

Opuszczamy Kruszyniany. Jedziemy na północ przez Krynki, wypatrując drogi prowadzącej przy samej granicy. Asfalt zmienił się w kocie łby. W jednej wsi ktoś ewidentnie przestawił drogowskaz i po chwili jedziemy na południowy wschód. Po paru kilometrach, w oddali pojawiają się słupy graniczne. Są po lewej stronie, stąd wiemy, że coś nie gra. Nad nami krąży niewielki samolot. Zawracamy i świadomie ignorując drogowskaz odnajdujemy właściwą drogę. Po chwili zatrzymuje nas patrol Straży Granicznej (tym razem nie jest to fiat panda). Znów musimy tłumaczyć co trabant z Wrocławia robi tak daleko od domu. Jest trochę komicznie, bo stoimy przy drogowskazie na Palestynę, a funkcjonariusze są uzbrojeni, niczym wojsko w Strefie Gazy. Nieśmiało pytam czy wybuchła wojna (pozbawieni radia łatwo mogliśmy ten fakt przeoczyć). Wojny jeszcze nie ma, ale w związku z sytuacją na Ukrainie jest podwyższony stan gotowości. Przy okazji dowiadujemy się, że samolot latający nad naszym trabantem patroluje granicę i możemy spodziewać się następnych kontroli, zwłaszcza gdy zbliżymy się do Obwodu Kaliningradzkiego. Tak podbudowani ruszamy dalej.

W osadzie Tołcze od granicy dzieli nas tylko 30 metrów i kupa głazów. W Kuźnicy przecinamy DK19 prowadzącą do kolejnego przejścia granicznego. Mijamy sznur tirów. Wąską, ale gładką drogą kierujemy się dalej na północ. Za Nowym Dworem musimy podjąć decyzję – albo odbijamy na Augustów, albo próbujemy „przebić” się przez puszczę. Na poboczu, po lewej stoi radiowóz Straży Granicznej. Kawałek dalej zawracam, żeby zasięgnąć języka. Panom w mundurach wydaje się podejrzane, że tak jeździmy „w te i we wte”, więc wyskakują z lizakiem i kończy na kolejnej kontroli z papierami na wierzchu. Teczkę musimy mieć już grubą, bo sprawdzanie trwa dobrą chwilę. Warto jednak było poddać się prześwietleniu, bo upewniamy się, że istnieje droga, która nas interesowała.

Cofamy się kawałek i zjeżdżamy z dotychczasowej drogi. Zgodnie z zapowiedzią standard jest gorszy, ale najważniejsze, że kierunek właściwy. Za osadą Bohatery Leśne zaczyna się las a definitywnie kończy asfalt. Teraz musi nam wystarczyć piach i kocie łby. Po chwili jest już tylko piach, ale o dziwo droga jest równa, więc suniemy dość żwawo. Nawet fajna ta Puszcza Augustowska! Nagle przed nami wyrasta naczepa z drewnem. Chyba trafiliśmy na wycinkę. Czekamy cierpliwie, aż ładowarka skończy pracę. W międzyczasie na masce trabanta ląduje OBCY. Na polecenie żony uszczelniam trabanta. Po kilku chwilach znów jedziemy i docieramy do wsi Rudawka. Po raz ostatni widzimy Białoruś. Musimy teraz pojechać trochę na zachód, bo przeszkodą jest rzeka Netta i Kanał Augustowski. Dobra wiadomość jest taka, że pojawił się asfalt. Mijamy Kudrynki i Mikaszówkę trochę żałując, że nie mamy ze sobą kajaka. W Płaskiej przeskakujemy nad kanałem i korygujemy kierunek jazdy na wschód, a potem na północ. Z każdym metrem poprawia się nawierzchnia. To dobry znak.

W Głębokim Brodzie wjeżdżamy na DK16, przeskakujemy przez Czarną Hańczę i jedziemy na Sejny. Szeroka, równa droga jest tak nudna, że Daria natychmiast zasypia. Po około 20 kilometrach skręcam w drogę 663. Po wielu kilometrach wśród pól i lasów Sejny wydają się potężnym miastem. No i samochodów jest jakby za dużo. Wyjeżdżam drogą nr 651 na Szypliszki. Celem są Wiżajny. Droga z początku jest taka sobie, ale potem znacznie się poprawia. Według atlasu jedziemy przez Las Borewicza, tymczasem poloneza ani śladu… Na znakach i drogowskazach pojawiają się nazwy Rejsztokiemie, Wojtokiemie, Szlinokiemie. Znaczy, Litwa blisko. Przecinamy krajową „8” jakieś 7 kilometrów od granicy. Jest drogowskaz na Gołdap. Od pewnego czasu mniej jest lasów, ale to nie jedyna zmiana w krajobrazie. Powoli pojawiają się też pagórki. W Wiżajnach po raz pierwszy widzimy większy kawałek jeziora. Po chwili zatrzymujemy się na małym parkingu. Drogowskaz mówi, że 100 metrów dalej jest „trójstyk granic”. Musimy to zobaczyć! Widok jest ciekawy – na Litwę można przejść bez problemu, jest nawet wytyczona ścieżka dydaktyczna. Strona rosyjska ogrodzona jest za to dość konkretnym płotem, niczym Korea Północna. Umowny styk granic wyznacza mega-pinezka. Postawiona obok tablica straszy wysokimi mandatami. Nie wolno fotografować, oddychać pewnie też nie, więc nic tu po nas…

Jedziemy fajną drogą. Drzewa rosną przy samej skrajni. Kawałek za Żytkiejmami skręcamy w krętą drogę do Stańczyków. Podczas naszej wyprawy nie mamy specjalnie czasu na zwiedzanie, ale wiadukty w Stańczykach chcemy zobaczyć od zawsze. Pierwsze wrażenia są mieszane. Dwa konkurujące ze sobą parkingi, kilka kramów, płatny wstęp… Po chwili przychodzi jednak refleksja, że gdyby nie prywatny właściciel i 4 zł za bilet, ten ciekawy zabytek techniki stałby już pewnie na skraju ruiny, pomalowany sprayem gdzie się tylko da. Tymczasem gospodarz inwestuje w obiekt i to widać. Po niekrótkiej sesji zdjęciowej wracamy do trabanta. Mamy porę mocno obiadową, a po drodze jest zajazd, więc dalszy plan jest prosty.

W drodze do Gołdapi zatrzymujemy się jeszcze pod wiaduktem w Kiepojciach. Za Jurkiszkami, koło dawnej stacji kolejowej, zjeżdżamy z głównej drogi i brnąc po piachu, a potem przez gęsty las, po paru ładnych kilometrach docieramy do kolejnego podwójnego wiaduktu. Jest tak doskonale zamaskowany, że wjeżdżamy na niego trabantem. Dopiero po chwili dociera do nas, ze cel poszukiwań jest… tuż pod nami!

Robi się ciemno, więc Gołdap zwiedzamy przejazdem. Jedyną pamiątką jest zrobione „w locie” zdjęcie wieży ciśnień. Chcemy jeszcze dziś dociągnąć do Węgorzewa. Przed nami jeszcze jakieś 50 kilometrów. Po godzinie i drobnych zakupach na stacji benzynowej (cydr, kawa i ciasteczka) docieramy w końcu na kemping „Rusałka”. Ludzi tu całe mrowie, ale bez kłopotu znajdujemy godne miejsce dla naszego trabanta. Późny wieczór spędzamy na pomoście. Jak dla nas, Jezioro Święcajty jest wielkie!

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>