DSCF6152
Loading...
X

Lądowanie pod Lądkiem

Dzień zaczyna się wcześnie. Zamiast do pracy, idę jednak do trabanta. Przed śniadaniem zdążę jeszcze zainstalować dwa wentylatorki (oryginały, made in PRL). Obok wymienionych foteli to chyba najbardziej kluczowe usprawnienie w kabinie. Kilka dni wcześniej, tym razem jedynie na czas wyprawy, z trabanta wylatuje tylna kanapa. Nie będzie nam potrzebna, a zwalnia dużo miejsca na ekwipunek. Starannie wybieram i pakuję narzędzia. Części zapasowych za dużo nie zabieram, bo po prostu ich nie mam. A nawet gdybym miał, to gdzie je upchnąć? Pakuję więc uszczelkę pod pokrywę zaworów (którą żona nazwie później „Świętą Uszczelką”), dwa elastyczne przewody hamulcowe, litr oleju silnikowego, tyle samo płynu do chłodnicy, jakąś resztkę płynu DOT-4 i smar. Są też żarówki, bezpieczniki, różne śruby, wkręty, poxipol i trochę drutu. To musi wystarczyć. Starannie chowam kupioną dzień wcześniej linkę holowniczą. Jestem pewny, że jeśli ją wezmę, to się nie przyda. A jak nie wezmę, to wiadomo…

W ostatnich dniach nie było specjalnie czasu na zakupy, teraz przyszedł czas na pośpieszne pakowanie. Namiot, karimaty, śpiwory, ciuchy – jasna sprawa. Ale jaką trafimy pogodę? Co jeśli będzie padało przez wszystkie pozostałe dwanaście dni urlopu? Wygrywa wariant półoptymistyczny, a i tak w mieszkaniu rośnie imponująca góra klamotów. Najważniejsze: zabrać aparat fotograficzny i atlas samochodowy. Wyprawa z założenia jest „analogowa” i na żadną satelitarną nawigację nie ma w niej miejsca. Jedynym wyjątkiem są telefony i stary netbook. Kibicuje nam rodzina z grupką znajomych i jakoś trzeba prowadzić wyprawowego bloga.

Z pamiętnika Darii:
Chwilami traciliśmy nadzieję. Co chwilę okazywało się, że jeszcze coś trzeba zrobić, coś przykleić, coś poprawić. Ale w końcu ostatnie śrubki zostały dokręcone i stanęliśmy przed ostatnim wyzwaniem – pakowaniem. Namiot, karimaty, śpiwory i sporo ubrań, bo po drodze nie będzie czasu na pranie i suszenie (każda noc w innym miejscu). Trabant niby kombi, ale jakieś małe… Na szczęście okazało się, że bagażnik właściwy (przykryty białą plandeką) dał radę, a drobniejsze rzeczy wrzuciliśmy do kartonów ustawionych w miejscu kanapy.

16lipca 133

Ostatnie sekundy przed startem

Minie pół dnia nim wszystko zaniesiemy i zapakujemy. O 14.20 robimy pamiątkowe zdjęcie i odpalamy silnik. Licznik pokazuje 58731 kilometrów. Na Facebooku ląduje pierwszy wpis z podróży. Pogoda dopisuje trochę za bardzo, więc wentylatorki idą szybko w ruch. Wyjeżdżamy z osiedla i aleją Karkonoską opuszczamy Wrocław. No dobra, ale dokąd właściwie jedziemy? W całej gorączce przygotowań nie zaplanowaliśmy w sumie żadnej szczegółowej trasy. Jedynym ustalonym wcześniej konkretem jest to, że podróż dookoła kraju zaczniemy od Kotliny Kłodzkiej. Jeśli mają pojawić się jakiekolwiek problemy z napędem lub zawieszeniem, lepiej nie oddalać się za bardzo od domu… Trasa dookoła Kotliny wydaje się idealnym sprawdzianem przed dalszą drogą w Tatry, Bieszczady, a może nawet dalej? Decyzja zapadła. Jedziemy drogą nr 35 na Wałbrzych. W Świdnicy tankowanie do pełna i gnamy dalej 35-ką, z zawrotną prędkością 70 km/h. W Wałbrzychu trafiamy na megakorek, spowodowany przebudową drogi. Trudno… Posuwając się metr po metrze wyraźnie widzimy twarze, które na nasz widok zaczynają uśmiechać się szeroko. Niektórzy nie kryją silniejszych emocji machając do nas i unosząc kciuki. Dzieciaki pokazują nas palcami. Jeden z ojców krzyknie: „synku, to jest trabant, tatuś kiedyś takim jeździł!”.

Wyjazd z Wałbrzycha w kierunku Mieroszowa daje nam przedsmak obniżonego standardu dróg. Jadąc na południe coraz bardziej zbliżamy się do Czech. W Unisławiu Śląskim skręcamy więc w drogę nr 380, wykonując tym samym zwrot na wschód. To w tym miejscu zaczyna się nasza wielka pętla prowadząca wokół Polski. Mijamy drogowskaz do schroniska „Andrzejówka” i całkiem sympatyczną drogą docieramy do Głuszycy i drogi nr 381. Starając się jechać jak najbliżej granicy, w Świerkach zjeżdżamy na krętą, wąską drogę i pokonujemy pierwsze wyraźne pagórki. Trochę trzęsie, trzeszczy, ale trabant dzielnie prze pod górę. Tym sposobem omijamy Nową Rudę i dojeżdżamy do Tłumaczowa. Kilometr przed dawnym przejściem granicznym, które swego czasu przyciągało amatorów piwa niczym Mekka, skręcamy na Radków. Z lekkim wyciem spod maski pokonujemy dość ostry podjazd. Kłęby czarnego dymu z rury zdradzają naszą pozycję. Nie zważając na nieco „pochmurne” niebo z tyłu, podziwiamy piękną panoramę Gór Stołowych gdy nagle urywa się asfalt. Kiedyś słyszałem, że za sprawą pobliskiej Kopalni Melafiru droga mocno ucierpiała, ale tak wielkich ubytków w nawierzchni się nie spodziewałem. Niejedna droga na działkę jest lepsza, ale w końcu mamy tu do czynienia ze szkodami górniczymi (szczegół, że zniszczeń dokonały ciężarówki zwożące urobek). Tak czy inaczej, właściciel tej drogi powinien za karę jeździć nią kilka razy dziennie!

W Radkowie robimy przerwę. Na cmentarzu, wśród ciekawych śladów przeszłości odwiedzamy rodzinne groby. Po kilku chwilach znów jesteśmy w trasie. Koło zalewu mijamy pierwszy patrol z „suszarką”. Panów policjantów wyraźnie na chwilę zamurowało. Tablica pod lasem informuje, że wjeżdżamy do Parku Narodowego Gór Stołowych. Niestety, musimy zostawić tu trochę sadzy, tym bardziej, że droga wiedzie pod górę. Trabant sunie z prędkością całych 40 km/h odpuszczając jedynie na Zakręcie Śmierci. Po chwili pod maską zaczyna coś klekotać. Aaa, to wentylator chłodnicy! Włączył się po raz pierwszy, odkąd trabant jest w naszym posiadaniu. Dobrze wiedzieć, że działa. Zwłaszcza, że mamy lipiec. W Karłowie postanawiamy zatrzymać się na porządny obiad – taki z kotletem i pomidorówką. Nie wiemy, czy trafi się dziś lepsza okazja żeby coś zjeść, a słoików ze sobą nie wieziemy.

Jest grubo po 19.00, gdy ponownie uruchamiamy silnik. Żegnamy wzrokiem oba Szczelińce i zjeżdżamy do Kudowy Zdrój. Na chwilę wskakujemy na „ósemkę”. Aut na drodze jest mało, więc nie tworzymy dużego zatoru. Kilka kilometrów za Lewinem Kłodzkim skręcamy w drogę nr 389, która lokalnie nazywana jest Autostradą Sudecką. Mijamy wyraźnie wyludniony Zieleniec. Wzdłuż potoku Dzikiej Orlicy jedziemy wąską ale idealnie gładką drogą, obserwując fantastyczny, wczesnowieczorny krajobraz Gór Orlickich. Za miejscowością Lesica kończy się jednak idylla, a zaczyna mały horror. Z początku powodem są to tylko gęste łaty na asfalcie. Potem, z każdym kolejnym metrem, asfaltu jest mniej i coraz częściej muszę redukować przełożenie do najniższego biegu. Pierwsza lekcja z pierwszego dnia wyprawy: nie ufać zbytnio atlasowi i unikać dróg, które nie są oznaczone przynajmniej na żółto.

Dziwna kombinacja znaków drogowych sugeruje, że możemy zmienić trabanta w amfibię, jak tylko pokonamy stromy podjazd. Tyle, że tu nie widać ani góry, ani wody. Coraz więcej jest za to drzew, które kradną resztki dziennego światła. Jeśli droga się nie poprawi, w tempie kilku kilometrów na godzinę nie zajedziemy dziś daleko… Po raz pierwszy zaczynamy zastanawiać się nad tym, gdzie zatrzymać się na noc. Las uznajemy za najmniej atrakcyjne miejsce.

Daria: W Karłowie zjedliśmy dobry późny obiad w kompletnie pustej knajpie (sezon jest, ludzi nie ma), a potem ruszyliśmy dalej, trzymając się jak najbliżej granicy. Blisko Międzylesia trafiliśmy na wyjątkowo paskudny odcinek, który na mapie wyglądał niewinnie, ale okazał się prawdziwym torem przeszkód – składał się z dziur. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na pomysł, żeby jechać do Międzylesia przez Lesicę, zapomnijcie. Trzeba mieć terenówkę albo… trabanta. Nasze trzyletnie Punto by tego nie przeżyło!

Po kilku potwornie długich i wyboistych kilometrach, zza drzew wyłania się stacja PKP w Międzylesiu. Rzadko kiedy cieszymy się, tak jak teraz, z jazdy po kostce brukowej. Gdy docieramy do „centrum” miasteczka, jest już całkiem ciemno. Parkujemy trabanta i kierujemy się w stronę sklepu, jak szybko się okaże – zamkniętego. Czynny jest tylko monopolowy, ale mamy trochę inne plany. Opuszczamy Międzylesie i drogą nr 33 jedziemy w kierunku Bystrzycy Kłodzkiej. Masyw Śnieżnika pozbawiony jest dróg, którymi moglibyśmy kontynuować podróż wzdłuż granicy (zwłaszcza po omacku) i dopiero przed Bystrzycą skręcamy na wschód, w kierunku Stronia Śląskiego. Krętą drogą mijamy kolejne wsie. W Stroniu decydujemy, że pojedziemy dalej. W naszym atlasie wyraźnie zaznaczone jest pole kempingowe, które powinno znajdować się w nieodległym już Lądku Zdroju. Cóż z tego, skoro w Lądku drogowskazów jak na lekarstwo… Na Orlenie dowiadujemy się, że jedynym miejscem, które może nas zainteresować, są odkryte baseny po drodze do Lutyni. Odnajdujemy je bez większego trudu. Robię krótki rekonesans i znajduję obsługę. Ta, wyraźnie rozbawiona moim widokiem, stwierdza, że muszę być mocno pijany, skoro w środku nocy pytam o nocleg na trawniku. Uwiarygadnia mnie tylko to, że jakoś jeszcze trzymam pion. Po chwili stawiamy namiot i dajemy nura w śpiwory. Daria dzielnie, resztkami sił, skleca pierwszą relację z wyprawy i wrzuca ją na bloga. Jesteśmy blisko cywilizacji, bo mamy zasięg LTE. Gdy gaśnie namiotowa lampka, ja już twardo śpię. To był ciężki dzień!

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>