Pod Cedynią
Loading...
X

Doliną Odry i Nysy

Dzień jedenasty

Przy życiu trzyma nas jedynie adrenalina. Jednogłośną decyzją postanawiamy opuścić to złe miejsce tak szybko, jak się da. Gdy tylko wystawiam głowę z namiotu, natychmiast materializuje się obsługa kempingu z informacją, że „trzeba zapłacić”. Na to tylko czekałem! Oświadczam, że ponieważ spać się nie dało, zapłacę jedynie za postawienie auta. Pan z początku udaje zaskoczonego, ale szybko przyznaje, że z tymi Norwegami ma problem i do tego jeszcze nie płacą…

Pakujemy nasz kram jak leci, nie zważając nawet na Świętą Uszczelkę. Uiszczając opłatę adekwatną do poziomu usług, opuszczamy „kemping”. Trabant wyraźnie ciągnie nas z powrotem nad morze, bo z Wolina wyjeżdżamy drogą na północ, zamiast na wschód. Dezorientacja na całego. Nasze błędniki wyraźnie są niewyspane.

Pięknym mostem nad Dziwną zjeżdżamy na stały polski ląd. Trzeba być naprawdę ciężkim przypadkiem, żeby zrezygnować z gładkiej czteropasmówki na rzecz brukowanej drogi, która ledwo załapała się na numer. My jesteśmy wielokrotnymi recydywistami. Po paru kilometrach pojawia się gładki asfalt i jedzie się całkiem fajnie. Ruch praktycznie żaden, w sumie, warunki idealne na trabanta!

Przez wsie i lasy jedziemy na południe. Mijamy Stepnicę. Brakuje nam tu przeprawy promowej na zachodni brzeg Zalewu Szczecińskiego. Najbliższa okazja będzie za jakieś 30 km, w samym Szczecinie. Jedziemy dalej 112-tką przez las, potem przez pola. Od dłuższego czasu dookoła jest idealnie płasko. W Modrzewiu jest skrzyżowanie i droga w prawo, ale według atlasu prowadzi donikąd. Jedziemy więc w lewo i po paru kilometrach wjeżdżamy pod Goleniowem na S3. Od nudy i głodowej śmierci ratuje nas McDonald’s. Przerób mają tu przemysłowy, a klientów wciąż przybywa. W temacie śniadania idziemy na łatwiznę. Fast food i gorąca kawa ma czasem swój urok. Miło jest też umyć się toalecie z ciepłą wodą.

Opuszczamy przybytek i kontynuujemy podroż „S3” w stronę Szczecin. Na obu pasach w przeciwnym kierunku stoi długi sznur aut. Pewnie był wypadek. Sytuacji nie poprawia fakt, że jest sobotni poranek i kolejna fala rodaków rozpoczyna urlopy. Mój urlop powoli się kończy i z każdym kilometrem zbliżamy się do punktu, w którym trzeba będzie rozwiązać pewną kwestię. Skręcić na Szczecin i zrobić rundę przez Police, Nowe Warpno, Stolec i Kołbaskowo, czy jechać prosto, wzdłuż Odry? Pierwsza opcja oznacza pół dnia dodatkowej jazdy… Decyzja nie jest łatwa, ale z konieczności wybieramy opcję nr 2. Może za rok, w drodze na zlot trabantów w Anklam, będzie okazja, by nadrobić stratę.

Jedziemy drogą S3 przez Puszczę Goleniowską prawie do samej Odry. Przed mostem zjeżdżamy na Gryfino, w którym zatrzymujemy się na krótkie zakupy w Lidlu. Chłodnica w trabancie jest szczelna, za to nam zaczyna brakować płynów. Ruszamy drogą nr 31 w dalszą podróż. Za Widuchową skręcamy na zachód, w drogę 122. Po paru kilometrach, za przydrożnymi drzewami pojawia się szeroka Odra. W Krajniku Dolnym, przy moście granicznym wjeżdżamy na krótką chwilę na DK26, żeby dojechać do drogi 125 prowadzącej do Cedyni. Po drodze mijamy wieś Piasek i Bielinek. Cedyński Park Krajobrazowy chroni nas przed słońcem, które od samego rana świeci prosto w nasze blade twarze. Jedziemy ku granicy drogą nr 124. Pod Górą Czcibora zatrzymujemy się by rozprostować kości. Wdrapujemy się po niezliczonych schodach na strome wzniesienie, by z bliska obejrzeć pomnik wzniesiony ku chwale piastowskiego oręża. PRL miał rozmach! Szkoda tylko, że gustował w betonie.

Wymęczeni schodami i słońcem wsiadamy do rozgrzanego trabanta. Samo opuszczenie szyb na nic się zdaje, potrzebna jest jeszcze prędkość. Ruszamy! Nim rozpędzimy się na dobre, jesteśmy w Osinowie Dolnym. Mijamy targowisko i niezliczone kramy. Zaskakuje nas zagęszczenie salonów fryzjerskich. Wszędzie są też Zigaretten, a jak ktoś nie pali, dla równowagi może kupić sobie fajerwerki. Wygląda na to, że wszyscy żywi rolnicy przerzucili się na handel i usługi. Taki klimat.

Za Osinowem, a przed kolejnym centrum handlowym, skręcamy w drogę 126, która na odcinku 30 kilometrów poprowadzi nas wzdłuż granicy. Kawałek dalej, na zakręcie, pojawia się łuk Odry. Jesteśmy na zachodnim krańcu Polski (14°07′). W ciągu ostatnich pięciu dni przejechaliśmy kraj wszerz, pokonując ponad 10 stopni szerokości geograficznej. Tu słońce zachodzi jakieś trzy kwadranse później niż nad Bugiem. Bardzo nam to pasuje.

Kilka chwil dalej wita nas wieś Siekierki. Nazwa nieodparcie kojarzy nam się z serialem „Czterej Pancerni i pies”. Na zakręcie pojawia się coś na kształt pomnika, więc uruchamiam spowalniacze na wszystkich kołach i zatrzymuję trabanta w bramie jakiegoś domu. Daria bierze aparat i idzie na zwiad. Pod betonowym pomnikiem o kształcie podobnym do niczego jest tablica. Brakuje wielu liter, ale da się odszyfrować, że w tym miejscu I Dywizja Kościuszkowska forsowała Odrę w drodze na Berlin. Bingo!

Nim Daria wróci, do trabanta podchodzi właściciel posesji. Okazuje się, że miał kilka takich pojazdów, kupionych swego czasu za grosze. Oczywiście wszystkie zajeździł… Z innych ciekawostek dowiaduję się, że kawałek dalej stoi prawdziwy relikt wojenny. Jedziemy tam. Faktycznie, tuż przed Starymi Łysogórkami, na postumencie czeka na nas prawdziwy T34. Jest też małe muzeum, które tradycyjnie odpuszczamy. Robimy pamiątkowe zdjęcie z trabantem (nie jest to jego pierwsza sesja z czołgiem) i ruszamy w dalszą drogę.

W Gozdowicach jest mała przeprawa na niemiecką stronę, ale my się tam nie wybieramy. Z braku innej alternatywy odbijamy na wschód, w kierunku Mieszkowic. Tam wracamy na drogę nr 31, którą porzuciliśmy za Gryfinem. Jedziemy w kierunku Kostrzyna. W okolicach Wrocławia mało jest odcinków dróg prostych aż po horyzont. Tutaj to chyba norma. Wjeżdżamy do Chwarszczan. Obronną kaplicę Templariuszy już kiedyś widzieliśmy (pewnie nadal wygląda tak samo), więc skręcamy na Porzecze. W Namyślinie skręcamy na południe i wąskim asfaltem przez las docieramy do Kaleńska. Znów mamy Odrę w zasięgu wzroku. Za chwilę opuścimy województwo zachodniopomorskie, przed nami ziemia lubuska. Większą część Kostrzyna omijamy tranzytem. Za mostem nad Wartą skręcamy w drogę na Słubice. Po drodze naszą uwagę zwraca ognista wieża (świeczka). Widać mają tu gaz lub ropę. My paliwa też mamy jeszcze trochę i tankowanie planujemy dopiero na wieczór. Odcinek do Słubic jest nudny jak stara droga z Wrocławia do Bełchatowa. W tygodniu musi być tu spory ruch.

W Słubicach zatrzymujemy się przy stacji benzynowej na konsumpcję bułki. Opracowujemy dalszą trasę. Plan jest prosty: wyjeżdżamy z miasta, skręcamy na A2 do granicy, zjeżdżamy do wsi Świecko i dalej jedziemy lokalną drogą wzdłuż Odry. Łatwizna! Niestety, rzeczywistość mocno odstaje od tego, co prezentuje mapa. Okazuje się, że na A2 przed granicą nie ma żadnego zjazdu i wbrew naszej woli lądujemy w byłym NRD. Podobno plany są po to, żeby było wiadomo, co nie wyszło… Nie pozostaje nam nic innego jak cisnąć dalej, do najbliższego zjazdu z autostrady. Mam wrażenie, że trabant dostał lekkiego kopa ;)  Przymusowo zwiedzamy Frankfurt nad Odrą. Odnajdujemy drogę na Słubice i po raz drugi przekraczamy Odrę, żeby po dwóch kwadransach wrócić na tę samą stację benzynową. Może jednak lepiej nie kombinować i pojechać prosto, drogą krajową nr 29? Ledwo ruszamy, a już stajemy w długim korku do zamkniętego przejazdu kolejowego.

Drogą nr 29 jedziemy dwadzieścia kilometrów do Cybinki, w której jakiś szaleniec zostawił na głównej ulicy połataną kostkę. Zjeżdżamy na Białków, Grzmiącą i Kłopot. Odra w tym miejscu płynie w kierunku wschód-zachód, więc nasza droga też prowadzi teraz bardziej na wschód, niż na południe. Jest asfalt – jest wygodnie. Niestety na krótko, bo potem droga się zwęża, a asfalt po obu stronach jest wygyziony. W Maszewie skręcamy na Gubin. Jedziemy drogą 138, którą w Połęcku przecina Odra. Na drugą stronę musimy się przeprawić małym promem. Ten na szczęście kursuje bez przerwy, więc stoimy krótko.

Odcinek do Gubina zaskakuje nas równie kiepską drogą, co wcześniej. Drogi przy wschodniej granicy, z małymi wyjątkami, były dużo lepsze. Tu jedziemy po czymś, co jest na skraju drogowej katastrofy. Dopiero w okolicach Gubina cieszymy się krótkimi fragmentami świeżego asfaltu. W samym mieście pilnujemy znaków, żeby nie powtórzyć nieplanowanej wycieczki za granicę. Gubin opuszczamy drogą nr 285. Blisko granicy przecinamy DK32. Kawałek dalej wybieramy lokalną drogę na Strzegów. Znów jedziemy wzdłuż granicznej rzeki. Jedyna różnica jest taka, że zamiast Odry, gdzieś tam, po prawej, płynie Nysa Łużycka.

Mijamy malutkie Mielno. Ilu biednych kierowców nawigacja GPS doprowadziła w ten gęsty las, zamiast nad morze? Przed Janiszowicami droga nie ma już lewego pasa. Zostały jedynie kocie łby po prawej, na których tak trzęsie, że lepiej jechać lewą stroną, po klepisku. Na szczęście w wiosce znów pojawia się asfalt, a kawałek dalej trafiamy na szeroką i gładką drogę 289. Odbija ona mocna w kierunku wschodnim, ale nie mamy wyjścia. Przez lasy Kotliny Zasieckiej jedziemy pod Brody, gdzie skręcamy w nienumerowaną drogę na Tuplice.

We wsi Nabłoto jest kostka i piach, potem wąski, styrany asfalt, a w Gręzawie nowa droga. W Łazach mamy małe deja vu. Za Tuplicami wpadamy na drogę nr 294 i kilometry od razu lecą szybciej. Przejeżdżamy pod DK18, która pamięta Hitlera. Z autopsji wiemy, że jej południowa nitka nadal przypomina bardziej schody niż drogę. Nie zmienia to faktu, że wystarczy skręcić w lewo, a za jakieś dwie godziny będziemy w domu… Jedziemy prosto. Za Trzebielem trzymamy się 12-ki, Potem, przed Łęknicą, skręcamy w drogę nr 350. Przez mieszany las toczymy się na zmianę po gładkim asfalcie lub po brukowanej kostce. Tak dojeżdżamy do Przewozu, gdzie znajdujemy Orlen i tankujemy (jak zwykle) do pełna. Tym razem wchodzi niewiele ponad 25 litrów. Ruszamy o 20.20. Jest jeszcze w miarę jasno, ale powoli trzeba myśleć o noclegu.

Gozdnica, Ruszów, Jagodzin… Droga przez Bory Dolnośląskie strasznie nam się dłuży. Ale to nie wina gorszego paliwa, czy nawierzchni, lecz zwykłego zmęczenia. Pieńsk jest pierwszym dolnośląskim miasteczkiem na naszej trasie. Jedziemy na południe drogą równie krętą jak płynąca nieopodal Nysa. Przeskakujemy nad autostradą A4 i po chwili dojeżdżamy do pierwszego skrzyżowania w Zgorzelcu. Jest kompletnie ciemno. Wiemy tylko tyle, że na ulicy Lubańskiej jest kemping. Jedziemy więc ulicą Lubańską, ale chyba w niewłaściwym kierunku. Kluczymy po nowej i starej części miasta. Odnowionym i ładnie oświetlonym bulwarem wracamy na znajome skrzyżowanie. Pytamy o drogę. Okazuje się, że kemping jest tuż obok… Musieliśmy go minąć już ze dwa razy, ale najważniejsze, że w końcu jesteśmy na miejscu.

Gospodarz kempingu jest uprzejmy i konkretny. Uprzedza nas, że w tej chwili mieszkają tu prawie sami Romowie, ale nie ma powodu do zmartwień, bo są ”grzeczni”. Oby nie było zbyt wesoło, jak zeszłej nocy! Najbliższym i jedynym czynnym sklepem jest Małpka Express. Kupujemy wodę, piwo, cydr, jogurt i konserwę turystyczną. Więcej nam dziś do szczęścia nie trzeba. Błyskawicznie stawiamy namiot – po dziesięciu biwakach jesteśmy w tym wprawieni. Jeszcze tylko toaleta w łazience a’la Gierek, kolacja przy palniku gazowym i piwo przed snem, na przepłukanie nerek. Nie mamy już wątpliwości, że to nasz ostatni nocleg. Daria czuje z tego powodu wyraźną ulgę, a ja? Sam nie wiem…

Tego dnia pokonaliśmy 495 długich kilometrów. Więcej już nie zrobimy.

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>