Całe Bieszczady jak na dłoni!
Loading...
X

A po nocy przychodzi dzień…

Dzień piąty

O świcie świat wygląda zawsze lepiej. Betonowe płyty kempingu, które poprzedniego wieczoru przypominały poradzieckie lotnisko, w blasku pierwszych promieni słońca nabierają nawet uroku. W tych okoliczności przyrody czujemy, że dotarliśmy w dzikie miejsce. A w środku tej „dziczy” jest nasz trabant. Surowość klimatu potęguje stan sanitariatów, ale należy zaznaczyć, że jest to też najtańszy z kempingów, jakie przyszło nam wizytować.

Nie tracąc czasu na zbędne czynności, po skromnym śniadaniu ruszamy dalej. Po pokonaniu kilku zakrętów naszym oczom ukazują się połoniny. W tym momencie trochę żałujemy, że mamy lipiec, a nie wrzesień, przez co repertuar barw ogranicza się jedynie do zieleni. Z drugiej jednak strony, jesienią moglibyśmy trafić na chłód i przewlekłe deszcze. Tymczasem, jak się w na końcu okaże, przez prawie całą wyprawę towarzyszyć będzie nam słońce.

Jadąc wielką pętlą bieszczadzką nie możemy nie zboczyć w kierunku Wołosatego. Dziurawa droga, jaką pamiętam sprzed dekady, teraz jest gładko wyasfaltowana. Pojawiły się też ciekawe znaki drogowe. Wkrótce asfalt się kończy, a zaczyna szlak, na który nasz trabant nie ma licencji. Bardziej wysuniętej na południe drogi w naszym kraju nie ma. Od szczytu Opołonka, skrajnego punktu Polski, dzieli nas jakieś 12 km. Czas zawrócić…

Wracamy do Ustrzyk Górnych. Nie zatrzymując się nawet na chwilę, obieramy kurs na północ. Zostawiamy za sobą południowy odcinek trasy dookoła kraju. Atlas samochodowy jest otwarty na ostatnim arkuszu mapy. Przed Czarną Górną zatrzymujemy się na parkingu z pięknym widokiem na Bieszczady. W jednej chwili wokół trabanta zbiera się pokaźna grupka ludzi wyraźnie zaintrygowanych naszym wehikułem. Niektórzy przybyli z drugiego końca świata. Wśród nich jest znana (głównie starszym kinomanom) Małgorzata Dobrowolska. Jej mąż raczej nigdy nie widział czegoś takiego na żywo. Pozostali zdążyli już zapomnieć jak wyglądały produkty zakładów IFA. Przy okazji, pozdrawiamy sympatycznych panów w motocyklowych skórach!

Mijamy Ustrzyki Dolne, Krościenko i wybierając dużo gorszą, ale bliższą granicy drogę, jedziemy dalej przez Arłamów, Huwniki i Fredropol. Przemyśl omijamy przebudowywaną „obwodnicą” i po chwili mkniemy na wschód, do Medyki. Przed przejściem granicznym znów zmieniamy kurs na północny. Jedziemy lokalnymi drogami do drogi numer 4, która do niedawna była głównym traktem łączącym wschód z zachodem w regionie. Teraz rolę tę przejął okazały łącznik A4. Na skrzyżowaniu z „czwórką” nie skręcamy jednak w prawo, na Korczową, lecz kierujemy się na Radymno. Jest tam dzisiaj Wiesiek, poprzedni właściciela auta, który razem z Krzyśkiem występuje z kapelą „Beka” (http://kapelabeka.com). Finalizując zakup trabanta dałem słowo, że go jeszcze kiedyś pokażę, a słowa się dotrzymuje…

Wiesiek jest twardym facetem. Nie daje tego po sobie poznać, ale jestem pewny, że się lekko wzruszył na widok starego, poczciwego trabanta. Choć w sumie znamy się słabo, razem czujemy się jak jedna rodzina. Miłe spotkanie przerywają sygnały z naszych żołądków. Najwyższy czas się posilić. Za rekomendacją Wieśka trafiamy do Dworu Kresowego. Tam się już nie ograniczamy!

Błogą atmosferę zakłócają tragiczne wiadomości z „zewnętrznego” świata. Za sprawą telewizora dowiadujemy się, że nad Ukrainą zestrzelony został samolot pasażerski. Ponieważ w trabancie nie mamy radia, przez ostatnie cztery dni byliśmy kompletnie odcięci od informacji z kraju i ze świata. Teraz mamy wątpliwości, czy lepiej jest o wszystkim wiedzieć, czy może żyć w nieświadomości?

Po porządnym obiedzie wracamy na drogę numer 4. Nim włączymy się do ruchu, pozdrawia nas pędzący trabant. A więc nie jesteśmy tu sami! Szybkie tankowanie (niecałe 22 litry) i jedziemy z powrotem w kierunku Korczowej. Przed samą granicą tradycyjnie już skręcamy w lokalną drogę prowadzącą na północ. Mijamy miejscowości o dziwnych nazwach, ale najbardziej zaskoczeni jesteśmy wysokim standardem dróg. Prawie zauroczeni nowo odkrytą Polską „B”, w końcu trafiamy na odcinek za Budomierzem. Cóż, pod Międzylesiem też nas wytrzęsło… Może dalej będzie lepiej? Następne dni pokażą, jak bardzo się łudziliśmy.

Gdy ból zębów mija, dojeżdżamy do Podlesia. Ostała się tam pastorówka i cmentarz z czasów, gdy teren zasiedlali niemieccy ewangelicy. Bo obowiązkowej sesji fotograficznej (tzn. Daria fotografuje, ja z trabantem odpoczywam) ruszamy w dalszą drogę. Jeszcze za dnia docieramy do Gościńca pod Lasem w Horyńcu-Zdroju. Gospodyni proponuje nam nocleg w drewnianym domku, zamiast w namiocie, bo „cena ta sama”. Zgadzamy się nieświadomi, ile pająków będzie spało razem z nami (niektórym uczestnikom wyprawy to trochę przeszkadza). Plus jest taki, że przynajmniej namiot jest suchy, bo w nocy spada deszcz.

Za małą dopłatą do noclegu zdobywamy piwo. Dokładnie 45 lat temu Armstrong i Aldrin stawiali pierwsze kroki na Księżycu. Jeździły już wtedy trabanty w wersji 601 kombi, a ich dwusuwowe silniki osiągnęły maksymalną moc 26 koni mechanicznych. Naszym małym sukcesem jest półtora tysiąca kilometrów bez najmniejszej awarii.

Leave Your Observation

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>